Ubiegły rok przyniósł nam wiele ważnych wydarzeń w świecie IT - dobrych i złych. Odszedł Steve Jobs, co wielu ludziom z branży uświadomiło koniec pewnej epoki. Niestety... czas nie stoi w miejscu, a piękna i romantyczna era początków komputeryzacji istnieje już tylko na kartach historii. Dzięki takim ludziom jak Steve Jobs te karty są niezwykle barwne (polecamy biografię Jobsa autorstwa Waltera Isaacsona - solidne studium nietuzinkowej postaci, łącznie z ukazaniem wszystkich jej najgorszych cech i trudnego charakteru. Taka biografia bez cukru - ale przez to niezwykle autentyczna). Ktoś może wątpić, czy śmierć Jobsa wpłynie w jakikolwiek sposób na dalsze losy Apple. I w pewnym sensie może mieć rację, bo przecież nie samym Jobsem Apple stało. Na ten moment możemy śmiało powiedzieć, że pod rządami Tima Cook'a Apple dalej pnie się do góry i nic nie wskazuje, żeby ten trend się odwrócił (zresztą Timowi Cook'owi byłoby to bardzo nie na rękę, bo jego kontrakt z Apple zakłada, że akcje warte grubo ponad 500 mln dolarów będzie mógł spieniężyć dopiero w 2015 roku - tak więc Tim zrobi wszystko, żeby firma kwitła). Więc można uznać, że śmierć Szefa Wszystkich Szefów nic nie zmieniła. Ale to jest nie do przyjęcia dla pewnej grupy ludzi - dla fanbojów firmy z Cupertino. Fanboj to, mówiąc wprost, człowiek z klapkami na oczach, który nie dopuszcza innego opisu rzeczywistości niż ten, który sobie sam zbudował. Dla fanbojów Apple Jobs był bogiem i największym guru. Dla nich Apple = Jobs. W pokrętnie działającym umyśle fanboja tkwi fałszywe z gruntu przekonanie, że całe dobro pochodzące z Apple wyszło z umysłu i spod ręki Steva. Nie przyjmują twardych faktów, które dobitnie pokazują kto był twórcą, a kto w czarodziejski sposób nakręcał sprzedaż i budował wizerunek. Owszem, budowanie wizerunku w wykonaniu Jobsa było zawsze mistrzowskie (choć straty w ludziach bywały przy tym spore - trudno było dogodzić jego wybujałemu perfekcjonizmowi i szalonej mieszance ideologii Zen z wizjami świata IT), ale statystyczny fanboj udaje (lub nie dopuszcza takiej myśli), że nie wie kim jest (i był na początkach Apple) WOZ. The Woz - Steve Wozniak, czyli tak zwany Drugi Steve - geek i zdolny inżynier, bez którego pomysłowości i technicznego kunsztu nie powstałby nawet kalkulator z logiem nadgryzionego jabłka. Woz zawsze był w cieniu Jobsa, bo uważał, że jego zadaniem jest solidna inżynierska robota, a nie robienie show... Dla fanboja Woz nie istnieje - przecież nie przedstawiał kolejnych rewolucyjnych (to magiczne słowo w Apple, podobnie jak inne przymiotniki typu "amazing!") produktów rzucając od niechcenia "...and one more thing". Fanboje wolą mówić - Jobs wymyślił, Jobs zaprojektował, zbudował, wynalazł, stworzył itd. itd... Nikt absolutnie nie chce umniejszać wielkości Jobsa, bo na swoje wysokie miejsce w panteonie wielkich świata IT zasłużył sobie w 100%, ale trzeba pamiętać o innych, bez których sukces firmy nie miałby miejsca. Podobają wam się iPady, Macbooki i inne iGadżety? No to podziękujcie z ich wzornictwo Jonathanowi Ive, który przez lata wyrósł na jedną z kluczowych postaci Apple. A skoro już wymieniamy ludzi, którzy wynieśli Apple na wyżyny, to wymieniajmy dalej. Lee Clow - wielki marketingowiec, który w latach 80-tych kreował strategię reklamową Apple, Tony Fadel - to on zaprojektował pierwszego iPoda, Mike Markula - pierwszy inwestor w Apple, Jeff Raskin - twórca pierwotnej koncepcji pierwszego Macintosha, Bill Atkinson - twórca pierwszej grafiki dla Macintosha... Można by długo wymieniać. Więc kim był tak naprawdę Steve Jobs? Jobs potrafił zebrać właściwych ludzi, we właściwym czasie i miejscu i przekonać ich o słuszności czegoś, co nie do końca wydawało im się słuszne (biografia opisuje przypadki wyrzucania inżynierów twierdzących, że czegoś nie da się zrobić i zatrudniania na ich miejsce takich, którzy nie znali istniejących trudności i radzili sobie z problemem w sposób naturalny). Tak więc mówimy stanowcze nie wszelkim przejawom tzw. fanbojstwa ;-) A Wy?
Fryzura Woz'a (po prawej) była, delikatnie mówiąc, awangardowa ;-)
Z pisaniem blogów jest jak z odchudzaniem - przychodzi kryzys i rzucamy wszystko w kąt, żeby za jakiś czas znowu do tego wrócić. Jedno i drugie wymaga pewnej systematyczności i zapału. Nie zawsze za pierwszym podejściem wszystko układa się po naszej myśli (2 czytających na tydzień??? Przecież nie tego oczekiwaliśmy). Wyjątkiem jest pewna Katarzyna, córka Premiera - gdyby wszystkie blogi szły podobną ścieżką rozwoju, to byłby spory problem z przyznawaniem nagród za Blog Roku :-)
Więc po co ten wstęp? Ano po to, że niniejszym ogłaszamy (fanfary!) reaktywację naszego tech-bloga! Podejście drugie, runda pierwsza!
Kampania wyborcza wychodzi na ostatnią prostą i zaczyna się robić ciekawie. Ktoś spyta - co takiego ciekawego jest w kandydatach na prezydenta z punktu widzenia technologicznego bloga? Otóż Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji przesłała do kandydatów na urząd prezydenta RP ankietę w której zapytali o używany przez nich sprzęt elektroniczny. Odpowiedziało sześciu kandydatów. Dzięki ankiecie wiemy na przykład, że Jarosław Kaczyński nie posiada laptopa oraz komórki z dotykowym ekranem (nie ma także dostępu do internetu w komórce). Wszyscy kandydaci oglądają cyfrową telewizję na telewizorach LCD - jednak tylko Grzegorz Napieralski posiada dostęp do usługi VOD. Napieralski i Komorowski deklarują posiadanie konsoli do gier (w przypadku Napieralskiego jest to XBox 360, czym chwalił się wcześniej w wywiadzie). Jednocześnie Napieralski nie posiada e-konta w banku. Jarosław Kaczyński nie ma konta na żadnym portalu społecznościowym. PIIT pytała jeszcze o korzystanie z GPS, e-mail'a, a także o wizję rozwoju polskiej branży IT. Bronisław Komorowski wyskoczył ze stwierdzeniem, że "marzy mu się polska Nokia albo Microsoft" :-) Bardziej realistyczny pogląd wyraził Andrzej Olechowski, który stwierdził, że w pewnych kwestiach "nie można się siłować" z Chinami, Japonią lub USA. Konkluzja PIIT była taka, że nasi kandydaci na wielce zaszczytny urząd prezydenta RP są typowymi i zupełnie przeciętnymi użytkownikami cyfrowych technologii. Dziwić może brak odpowiedzi na ankietę ze strony Waldemara Pawlaka, który chce uchodzić za wielkiego promotora i zwolennika nowoczesnych technologii (iPad, blogi, konto na Facebook'u, itd.).
Żyjemy w ciekawych czasach, w których można "zaistnieć" (medialnie, towarzysko, itp.) na wiele niezwykłych sposobów, które czasami wydają się absurdalne. Światem technologii od dawna rządzi marketing i kształtowanie potrzeb klienta (tak, tak... na potrzeby się teraz nie odpowiada produktem, tylko kształtuje się je u klienta pod kątem produktu). Każdy zna doskonale powiedzenie, że ten sam schabowy z ziemniakami będzie inaczej smakował na papierowym talerzyku, a inaczej na wytwornej porcelanie... Nie inaczej jest z produktami w branży IT. Wygra ten, który wbije klientów w przekonanie, że dysponuje produktem wyjątkowym, rewolucyjnym i niezbędnym wręcz do codziennego życia. Słowo "rewolucyjny" upodobał sobie wiele lat temu Steve Jobs i do dzisiaj uparcie lansuje ten rewolucyjne trend. Wychodzi na to, że z całej rzeszy producentów sprzętu i oprogramowania tylko Apple ma licencję na rewolucyjne rozwiązania. Faktem jest, że taktyka Apple przynosi ciągle konkretne owoce i tłumy wyznawców wszystkiego co ma "i" przed nazwą dalej stoją w kolejkach (może raczej wypada powiedzieć - koczują w kolejkach...), aby w twardej walce na łokcie chwycić mocno pudełko z obiektem kultu. Zresztą zobaczmy jak to wyglądało Singapurze...
Steve z rozmysłem tworzył przez lata kult marki i religię w której jedno z przykazań może brzmieć "Nieważne, że inni mają coś od dawna, bo i tak w dopiero w naszym wykonaniu jest to rewolucja". To coś jakby teraz w XXI wieku ktoś stwierdził, że wynalazł rewolucyjne koło, które jest bardziej okrągłe niż inne w historii ludzkości... Co w sobie mają produkty Apple, żeby mówić o nich "rewolucyjne"? Technologicznie patrząc, na tle konkurencji, rewolucji trudno - się dopatrywać - konkurenci często robią to samo i często w bardziej zaawansowanej formie. iPod? iPod rewolucją technologiczną raczej nie był - byli na rynku konkurenci, często bardziej zaawansowani i w lepszej cenie. Więc gdzie rewolucja? Ano w białych słuchawkach... Apple umiejętnie wykorzystuje różne drobiazgi i symbole, żeby klient czuł, że jest kimś wyjątkowym dzięki używaniu ich produktów. Ktoś spyta - Masz odtwarzacz MP3? A ty odpowiesz - Nie! Ja mam iPod'a. Badania rynkowe pokazują dobitnie, że nia ma drugiej takiej grupy konsumentów, która tak mocno ufa wybranej przez siebie marce. To lata żmudnego kreowania wizerunku Apple, jako dostawcy rozwiązań dla wybrańców. Apple przez długi czas mogło budować swoją unikalność na rynku komputerów dzięku stosowaniu procesorów Power, jako alternatywy dla "plebejskiego" Intela. Mit runął, kiedy Apple przeszło na technologię x86 - dla wielu wyznawców to był cios prosto w serce. Ale dla Jobs'a to nie był wielki problem, bo wiedział, że mimo otwarcia Mac'ów na system z Redmond i tak nic nie zagrozi pozycji OS X'a. I miał rację - statystycznie patrząc Windows używany na platformie Mac jest zjawiskiem marginalnym (to tak jakby kupować Ferrari do jazdy po lesie...). Jesteśmy już po prezentacji nowego iPhone'a - słowo "rewolucyjny" padało podczas wystąpienia Steve'a wyjątkowo często (ale to chyba standard jego prezentacji). Po raz kolejny klienci poczuli "magię" i siłę oddziaływania charyzmy Jobs'a. I znowu wszystko wygląda typwo - niby jest nowy model telefonu, niby są nowe funkcje i poprawki, ale... Ale, cytując pewną piosenkę, to już było - było u konkurentów. No, może nie wszystko, ale sporo "rewolucji" Jobs'a, to rewolucje czynione w głowach klientów. Znowu mamy czuć się wyjątkowi i obdarowani produktem z innego świata. Ech... właśnie w tym produkcie dla wybranych pękła mi obudowa (podobno pękające iPhone'y to norma - pewnie to kolejny wyznacznik wyjątkowości). Mam gdzieś w gratach 10-letnią (a może starszą) Nokię, która zaliczyła wiele crash-testów (w tym lot z II piętra na beton) i jakoś uparcie nie chce do dzisiaj pęknąć...
Mieliśmy parę dni przerwy w blogowaniu :-) Czasami odkładamy na bok przedsięwzięcie o nazwie BY-link i idziemy trochę pouczyć studentów (jak zwykle głodnych wiedzy...). Weekendowe belferstwo nawet jakoś udało się przeżyć i nawet zostało troszkę sił witalnych, żeby skosić trawkę. Tak a'propos koszenia trawy, to wiadomo, że jest to czynność pasjonująca, ale mimo wszystko szukamy sprawdzonego rozwiązania na automatyczne koszenie trawy - taki ogrodowy terminator, który rozprawi się z zielskiem, a my będziemy w tym czasie grillować. Okazuje się, że takie rozwiązania są i można je z powodzeniem kupić w Polsce. Firmy Friendly Robotics i Zucchetti produkują kosiarki, które zatroszczą się o nasz trawnik bez naszego udziału. Zresztą zobaczcie jak coś takiego działa....
W sumie byłby to ideał, gdyby nie ... cena :) Niestety koszt innowacyjności w technice ogrodowej jest wysoki - można się przekonać o tym TUTAJ. Tak więc póki co pozostajemy przy koszeniu tradycyjnym, które tak naprawdę nie jest takie złe - można przy odrobinie synchronizacji prowadzić konwersację z sąsiadem, który też kosi za płotem :-) (sprawdzone empirycznie).
Z innej beczki. Piszemy ostatnio sporo o Apple, więc i dzisiaj będzie coś na ten temat. Oglądając telewizję zainspirował nas widok (swoją drogą bardzo OK) wicepremiera Pawlaka, który jest chyba jedynym promotorem hi-tech wśród naszych polityków. Chodzi oczywiście o konferencyjny lans z iPad'em :) Można się domyślać, że p. Pawlak zakupił swojego iPad'a poza Polską (u nas oficjalna dystrybucja zacznie się pewnie po wakacjach) i w związku z tym nasuwa się pytanie jak wygląda kwestia gwarancji takich urządzeń. Poniżej ilustracja na której dwóch dobrze znanych nam panów wyjaśnia całą wykładnię prawną w kwestii napraw iPadów z poza oficjalnej dystrybucji. Panie Waldemarze! Proszę ostrożnie używać!
1
Komentarze
Dodaj